Jędrzej Cyganik – cieśla, co Drwa rąbie

las za mgłą

Las to źródło tego tekstu. W lesie początek ma bardzo wiele historii: historia ewolucji człowieka, ale też nasze codzienne historie: nasze meble, narzędzia, domy. Drewno, najbardziej powszechny i prawdopodobnie najbardziej lubiany surowiec, rośnie w lesie. Drewno to ciało żywych organizmów, tkanka budująca niebosiężne maszty, wzrastające powoli, nieustannie i konsekwentnie w górę, w gigantycznych zbiorowiskach. Lasy porastają niemal ⅓ powierzchni lądów na Ziemi i stanowią habitat dla około 80% ziemskiej bioróżnorodności. Naprawdę wiele rzeczy zaczyna i dzieje się w lesie. Również moja historia jako cieśli tam się rozpoczęła.

Data publikacji: 26 listopada 2020

Od Filologa do Cieśli

cieśla przy pracy

Historia, którą chciałbym teraz opowiedzieć, też zaczyna się od lasu, to historia mojej pasji i historia mojej drzewnej działalności rzemieślniczej, edukacyjnej, jak i również działalności gospodarczej. Moją firmę, zarejestrowaną w Polsce jako “Drwa Jędrzej Cyganik”, zaczynałem budować w iglastych lasach Kanady jako Tales of the Woods. Ale owe Tales – opowieści – nie pochodzą tylko z Kanady; zaczynają się we mgle wczesnego dzieciństwa, a trwają do dziś, kiedy piszę te słowa pod koronami powykręcanych sosen u zbiegu Narwi i Wisły, obok powstającego właśnie domu z drewna i słomy, który buduję ze swoją ekipą.

To bardzo bliski mi rozdział w historii mojej zażyłości z drewnem. Budowanie drewnianych konstrukcji zawsze przynosiło mi dużo radości i satysfakcji. Jednak postanowiłem zostać cieślą stosunkowo późno, po pięciu latach studiów humanistycznych, skoncentrowanych wokół literatury, języka polskiego i portugalskiego, teatru i antropologii. Zresztą, pięć lat w wydziałowych czytelniach to również wspomnienie z drewna, z zapachu starego papieru i sosnowych pulpitów. I to dopiero w tamtym czasie nabierałem świadomości moich rzeczywistych potrzeb i preferencji, w tym tęsknoty za kontaktem z naturą – z lasem i z drewnem, a także z moją własną naturą. Na studiach zrozumiałem przede wszystkim, że nie chcę spędzić reszty życia zawodowego, trzymając ciało w pozycji siedzącej, używając głównie mózgu, narządów mowy i wzroku, a sporadycznie – i dość symbolicznie – rąk. Interpretacja tekstów kultury czy praca ze studentami to na pewno ciekawe i ważne dla świata zajęcie, jednak moje ręce wołały o więcej kontaktu z twardą materią, a umysł – o spokój zieleni i krągłość kształtów natury zamiast prostokątnych budynków i ich umeblowania.

Dzieciństwo w drewnianym domu

Kiedy szukałem pomysłu na siebie i na swoją profesję po zakończeniu studiów, drewno było najbardziej naturalnym  wyborem. Bo choć wyrosłem w rodzinie humanistów, to nasz dom rodzinny stoi w gęstym lesie Beskidu Sądeckiego.  To stare gospodarstwo z bala, gdzie ściany wyraźnie przypominają, skąd się wzięły, a stare jesiony i świerki zawłaszczają je powoli z powrotem, wciskając korzenie w podmurówkę. Szczęśliwe dzieciństwo, z którego czerpię do dziś, spędziłem w tym lesie, budując szałasy i strugając łódki z kory. Rąbanie drewna na opał, renowacja chałupy, budowa prostych mebli z desek i z łat – tych rzeczy uczyłem się od ojca, który, samemu będąc dziennikarzem i poetą,  w tych prostych czynnościach znajdował chyba to samo, co ja odkryłem, kiedy zrozumiałem, że moja ścieżka nie biegnie przez wydziały Akademii.

Droga wędrownego cieśli

Po studiach wyjechałem do Kanady, z intencją, by nauczyć się tam budowania domów z bali. Przepracowałem niemal rok we wspaniałym zespole budowniczych i cieśli w małym miasteczku w górach Kolumbii Brytyjskiej. Moim szefem  był John Boys, którego droga do zawodu również była kręta – przebranżowił się na cieślę z nauczyciela informatyki niedługo przed trzydziestką. Przez kolejnych trzydzieści lat pracował już tylko z drewnem, a jego historia i otwarty umysł uczyniła z niego wspaniałego nauczyciela, zawsze otwartego dla skorych do nauki czeladników.

I nawet jeśli większość tego roku spędziłem na korowaniu bali, szlifowaniu belek i sprzątaniu placu, to jednak stały kontakt z drewnem, możliwość patrzenia na ręce fachowcom, obserwacja całego procesu od ścięcia drzewa do stojącego domu, a także dostęp do narzędzi i drewna po godzinach – to wszystko – i oczywiście John, dla którego szacunek i wielka wdzięczność – dało mi solidną podstawę do własnej praktyki, która od tamtego momentu już nie ustała.

Miłość wyrosła w lasach Kanady

Jeszcze przez pół roku mieszkałem w Kanadzie, na ranczo, w starym domu z bali, który remontowałem w zamian za czynsz. W wolnym czasie rozwijałem młodą i gorącą miłość do drewna: poznawałem snycerstwo i rzeźbiarstwo ozdobne, robiłem proste wykończenia i stolarkę, konserwację i renowację, budowałem proste meble i elementy infrastruktury gospodarczej, próbowałem pierwszych technik i testowałem narzędzia. Poznawałem też las, podczas długich spacerów i konnych wypraw, ścinając zimą suche daglezje, a wiosną obserwując naloty kolejnych gatunków ptaków. To było życie, którego nie chciałem porzucać, jednak wraz z końcem wizy skończył się również ten rozdział. Wracałem do Polski z myślą, że po paru latach, kiedy zdobędę więcej doświadczenia i umiejętności, wrócę tam do stałej, pełnoprawnej pracy jako cieśla.

Od tego momentu mija właśnie 5 lat i wiem, że do Kanady, mojej  krainy marzeń pachnącej cedrowym drewnem, wrócę tylko, kiedy w Polsce nie będzie się już dało żyć. 

Cieśla w ojczyźnie – zapoznanie z polskim lasem

Jędrzej Cyganik, cieśla

Tymczasem to w Polsce zbudowałem swoją markę, nawiązałem współprace, poznałem miejsca, przywiązałem się do ludzi. Polubiłem nawet sosnę, naszą produkcyjną, wielkoobszarową sosnę, choć w jej “naturalnym” środowisku trudno poczuć atmosferę prawdziwego lasu. Są jednak w Polsce gęste, bujne puszcze, skrawki dzikości i starodrzewi, w których wciąż można się zgubić.

Tam szukałem najpierw. Chęć przedłużenia kanadyjskiego trybu życia zaprowadziła mnie w rodzinne strony, w Beskid Sądecki. Tam właśnie przez pół roku remontowałem stary dom, gdzie założyłem też pierwszy warsztat. W chwilach odpoczynku miałem zawsze pod ręką swój japoński nóż snycerski, który strugał kolejne łyżki i szpilki do włosów, trafiające do kolejnych przyjaciół. 

Osada twórców – budowanie społeczności

cieśle przy pracy

Pierwszy rok w kraju pokazał, jak wiele może się tu wydarzyć i jak poszukiwany jest dobry stolarz czy cieśla. Bo nawet ja, ze swoimi skromnymi wciąż możliwościami, miałem ręce pełne roboty i mogłem się z tej roboty utrzymać. Wiedziałem, jak wiele jeszcze przede mną nauki i praktyki, by móc z pewnością i stanowczością wyceniać swoją pracę i oddawać ją w ręce klienta. Na pewno nie myślałem wtedy, że chciałbym uczyć tego fachu innych.

A to właśnie wtedy zacząłem naukę tą drogą — poprzez nauczanie. Przeszedłem pomyślnie nabór do Osady Twórców — projektu, którego celem miało być stworzenie modelowego osiedla opartego o założenia samowystarczalności i symbiozy ze środowiskiem naturalnym. Funkcjonowanie Osady było oparte o model warsztatowych turnusów. Przez dwa sezony od wiosny do jesieni gościliśmy grupy liczące po kilkadziesiąt osób. Uczyły się one w Osadzie różnych praktycznych umiejętności, w tym obróbki drewna w osadniczej ciesielni, którą zbudowałem i prowadziłem przez ten czas. Przez te dwa lata wycięliśmy wspólnie więźbę dachową, zbudowaliśmy suszarnię do ziół i owoców, kilka furtek i bramę wjazdową. Poza tym powstał płot, wiata tu i tam, systemowe toalety kompostowe, ławki, stoły, schody, instalacje dla dzieci, mnóstwo drewnianych zabawek i małych rzeźb, z niedokończonym kompletem szachów, rzeźbionych każdy inną ręką, na pierwszym planie tej wystawy. Warsztaty praktyczne uzupełniałem gawędami, zazwyczaj snutymi w lesie i o lesie, o jego niesłychanej złożoności i pięknie. Jeszcze raz nauczyłem się uczyć, przekazywać informacje i uzupełniać je, budować wiedzę. Zbudowałem też dużą sieć kontaktów, które do dziś są żywe. Wtedy spotkałem też Agnieszkę i dziewczyny ze sklepu DLUTA.PL, z którymi cały czas realizujemy wspólne przedsięwzięcia i które wspierały Osadę najlepszymi ręcznymi narzędziami do drewna, radą, dobrym słowem.

Ten rozdział jednak również miał swój koniec, decyzją osoby kierującej projektem, która nie uniosła jego ciężaru, Osada Twórców zamknęła swoją działalność. Ale oprócz paru hektarów upraw, które zarosły już całkowicie, zasialiśmy wtedy dużo więcej ziarna, kiełkującego od tamtego czasu w kilkuset sercach i głowach członków i członkiń Gromady Twórców. Wraz z grupą najbliższych przyjaciół i współpracowniczek pozostawaliśmy w kontakcie przez kolejne lata, szukając sposobności, by znowu uwolnić energię współdziałania.

Szlifowanie warsztatu cieśli

prace ciesielskie

Dla mnie te lata przebiegły głównie pod znakiem własnej działalności gospodarczej i prób odnalezienia się w “prawdziwym” świecie, na ”zwykłym” rynku stolarstwa i ciesielstwa. Nie było to trudne; jak się okazało, ten “zwykły” rynek ma bardzo wiele niezwykłych zakamarków i jest bardzo podatny na wycinanie kolejnych. Firmę założyłem w Toruniu, gdzie życie przeniosło moje graty na kolejne dwa lata. Firmę ochrzciłem nowym imieniem, pod którym działam do dziś – DRWA. Wszak jako cieśla to drwa noszę z lasu i drwa rąbię, stąd te wióry w moich butach. Działałem dwutorowo: realizowałem prywatne zlecenia i prowadziłem warsztaty. 

Długo by opowiadać o wszystkich projektach wykonanych w tym czasie; dość powiedzieć, że budując swój pierwszy całkowicie własny warsztat, zrozumiałem konieczność specjalizacji i ograniczenia do jakiegoś obszaru. Zamiłowanie do mobilności i bliskości natury — pracy na świeżym powietrzu — ugruntowało mnie w obszarze ciesielstwa, konstrukcji drewnianych, tarasów, wiat, altan, dachów i tym podobnych struktur. Poznałem Błażeja, mojego pierwszego stałego pomocnika, z którym współpracujemy już blisko dwa lata. W międzyczasie zacząłem zawodowy kurs stolarski Bydgoszczy, którego niestety przez nadmiar pracy i niedobór czasu nie udało mi się skończyć. Podobnie było zresztą z kursem ciesielskim w Krakowie, z którego niedługo przed egzaminem zabrała mnie Osada.

Warsztaty ciesielskie, warsztaty snycerskie

warsztaty snycerskie

Drugim torem moje pracy były warsztaty i działalność edukacyjna, o której opowiadać mógłbym jeszcze dłużej. Były warsztaty ciesielskie, które organizowałem wspólnie z moją partnerką, umiejscowione w gospodarstwach agroturystycznych, podczas których uczestnicy budowali coś dla gospodarzy — wiatę, dom na kółkach czy kurnik. Każdy z tych tygodni zasługuje na osobny artykuł i opowieść, być może każdy z nich ją wreszcie otrzyma.

W Toruniu organizowałem też warsztaty snycerskie, w niezastąpionej Pracowni Cech, gdzie dwie dziewczyny robią cuda z drewna i również uczą podstaw pracy w tym materiale. 

Zapraszano mnie też do prowadzenia warsztatów przy innych okazjach — na piknikach, festiwalach, na Woodstocku, w szkołach i na obozach dziecięcych. Fascynacja dzieci prostymi pracami stolarskimi dorównuje tylko dziecięcej fascynacji dorosłych, te dwie zresztą znacząco się od siebie nie różnią. A pokazywanie dzieciom i dorosłym stolarki jest jak ciągłe odpakowywanie prezentów pod choinką, tej radości i zaangażowania po prostu nie da się ukryć. To też najważniejsza wartość, która trzyma mnie na tej drodze i motywuje do organizowania kolejnych spotkań wokół drzew i drewna.

Przeczytaj o najnowszym projekcie Jędrzeja: “Kurs ciesielski online, czyli jak zostać cieślą bez wychodzenia z domu”

Z budowy na budowę – cieśla wędruje dalej

W obszarze ciesielstwa również spotkało mnie to największe szczęście, szczęście do ludzi – poznałem chłopaków ze Spółdzielni Socjalnej Słomiany Dom. Właśnie z nimi buduję kolejny, nomen omen, słomiany dom i pełni realizuję się mój ulubiony styl pracy – na placu budowy, zazwyczaj w ustronnym, naturalnym miejscu. Do takich miejsc ciągną ludzie zorientowani ekologicznie; ze słońcem i z deszczem, ze świeżym powietrzem i ptakami żerującymi na resztkach ziaren niewymłóconych ze słomy w ścianach; z pracą całym ciałem, wspinaniem się na rusztowania, wciąganiem belek, rzucaniem do siebie narzędzi; z różnorodnością kolejnych etapów i ze sporą dozą pracy intelektualno-planistycznej, koniecznej do przeprowadzenia takiej operacji; z podśpiewywaniem i pogwizdywaniem; z rozmowami, śmiechem, wspólną radością z budowania czyjegoś Domu, patrzenia jak rośnie w oczach, z każdym wyciętym zamkiem i wkręconym wkrętem.

Ozdobą i luksusem w tym wędrownym życiu stała się sauna mobilna Parabuch, którą zbudowaliśmy razem z moją partnerką. To było też nie lada przedsięwzięcie stolarsko-ciesielsko-transportowe, zwieńczone sukcesem kilkunastu tysięcy kilometrów przejechanych wzdłuż i wszerz kraju. A przede wszystkim setek wygrzanych, szczęśliwych saunowiczów. I najlepsza nagroda na koniec każdego tygodnia budowy, żywy ogień, kłęby pary, zimna woda jeziora, rozgwieżdżone niebo. I las.

Przystanek w Izerach – co dalej?

Przystanek w Izerach

Wszystko z tego lasu się wzięło, zawsze tęsknota za nim była w tle mojej pracy i działań. Tak jest i dziś, w lesie za oknem sauny, która chwilowo stała się moim domem i w której piszę ten tekst. To jednak krótki rozdział, idzie zima, czas na uwicie cieplejszego gniazda. I tu życie znowu zabiera mnie na początek kolejnego rozdziału. Nowy Rok powitam na Pogórzu Izerskim, które wybraliśmy z przyjaciółmi z dawnej Osady Twórców na miejsce wspólnego zamieszkania i współtworzenia miejsca pracy i edukacji. Izerski Latający Uniwersytet Ludowy w powoli staje się rzeczywistością. To jest jednak opowieść, która dopiero się pisze, za wcześnie więc, by ją opowiadać, chociaż by się chciało. Ale tak, najpierw robić, potem gadać. Opowiem następnym razem.


Autor: Jędrzej Cyganik – cieśla, założyciel działalności DRWA Tales of the Woods


Powiązane Wpisy

2 komentarze do “Jędrzej Cyganik – cieśla, co Drwa rąbie

  1. Rob in Wood napisał(a):

    Piękna historia z finałem nieopodal miejsca, w którym i ja szukam swego nowego, wymarzonego domu z pracownią. Życzyłbym sobie bardzo mieć takich sąsiadów… 🙂 Powodzenia w realizacji planów! Dziękuję za ten artykuł.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Call Now Button